Agnieszka Maj została ponownie laureatką dwóch ogólnopolskich konkursów poetyckich, które korespondowały z założeniami regulaminu. W XX Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim im. Melanii Burzyńskiej pn. „Poezja życiem pisana” w Mońkach (woj. podlaskie) za zestaw wierszy („Piec”, „Kukułka” i „Nawłoć) otrzymała I nagrodę. Natomiast w XVI Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Ireny Golec pn. „Czerwona Róża dla Niej” w Kąkolewnicy zdobyła III nagrodę za utwór „Kapliczka Szczęśliwego Powrotu”. Oto dwa wybrane teksty prezentowane na konkursach przed publicznością: Pani Agnieszko, dziękujemy za zdobywane laury! Jesteśmy z Pani bardzo dumni.
"Kapliczka Szczęśliwego Powrotu"
Nad schylonym urwiskiem (tuż przy samej szosie)
szczęśliwym trafem wbita kapliczka samotna.
Wystawiona z pamięci łask losu pokłosie,
do której z gór się schodzą przyspieszone tętna.
Wzrok piechura dotyka strojnych drzwiczek niszy
w kwiecistych ornamentach niczym carskie wrota.
Zawieszone paciorki wchodzą na plan pierwszy,
nanizane podzięki - różańcowe wota.
Na ścianie echem cierpień Zbawiciel na krzyżu.
Obok figurka Matki w cienkiej słońca linii.
W spłowiałym pięknie kwiaty złożone w pobliżu
i znicz z tlącym się światłem urokliwość czyni.
Pod daszkiem bitym z drewna domek w białej szacie.
Za plecami ma wsparcie - rząd strzelistych buków.
Niżej wiatrem wygięte (siłę czerpią w splocie)
wyrastają z korzeni legendarnych wątków.
Ciekawość wiedzie dalej, na sam koniec perci,
gdzie strumień komponuje ciurkiem dźwięki tkliwe.
W lotność piosnki ptak wchodzi (dobrą chwilę święci)
kiedy kroki zbłocone z powrotu szczęśliwe.
"Piec”
Bladym świtem zaczynał taneczne podrygi
jakby chciał się oderwać od ścian i polepy.
Pstrytt zanęcał ogniki, skakały jak frygi.
Trzask-prask strzelały w górę, kiedy dmuchał w szczapy.
Słał z okrągłych fajerek ogniste uśmiechy.
Jakby naglił nastawiać saganki żeliwne.
Skwarki z sykiem płomieni skakały z uciechy.
Pyr-pyr z garnka leciały pyrkoty przedziwne.
W kącie izby kuchennej niczym jaki tytan
z owalnym paleniskiem do wypieku chleba.
Przyodziany dostojnie w swój bielony kaftan,
pękał z dumy na widok bochnów aż do nieba.
O zmroku jeszcze gorał. Aż tsyttt ziewał w końcu,
gdy wszystkie kąty myśli zamodlone społem.
Jeszcze plecy babcine przy nim niby w słońcu.
Na zapiecku kocisko majaczyło ciepłem.
Nocami jakby czuwał popiołu oddechem.
Prostowały się przez sen łodyżki ciepłoty.
Szszsz… wietrzysko w kominie odbijało się echem,
aż w luftach niedomkniętych wzniecało dygoty.
Jako serce domostwa w przestrzeni wspomnień.
Wokół niego urosły pokolenia dzieje.
Ożywiał swoją mocą, sacrum jego płomień.
Ziół zapachem powraca i pamięć wciąż grzeje.


